fbpx

Czego szukasz?

Czy należy się bać współczesnej żywności? Dietetyka oparta na faktach

Witam Cię w 61 odcinku mojego podcastu. Dzisiaj zaprosiłam Radka Smolika, autora kanału na Youtube oraz podcastu Dietetyka oparta na faktach. Wydał on dwa e-booki: jeden o skutecznym odchudzaniu, drugi o współczesnej żywności. Na oba te tematy dzisiaj porozmawiamy. Serdecznie zapraszam do wysłuchania rozmowy.

Cześć Radku! Bardzo Ci dziękuję, że przyjąłeś moje zaproszenie. Przyznam szczerze, przez pewien czas miałam kompleksy związane z Twoim podcastem – pomimo Twego młodego wieku, tworzysz fantastyczne i profesjonalne treści. W porównaniu z Twoim podcastem to ja tu pierdoły nagrywam. Ale zdałam sobie sprawę, że fajny jest taki balans, gdzie są osoby jak Ty, lubiące czytać badania naukowe, a ja się od nich uczę. Nie cierpię badań naukowych. Wolę już pójść na szkolenie do Dietetyki nie na żarty, gdzie oni przetłumaczą tę wiedzę na język polski. 

Powiedz mi – jak zacząłeś się w ogóle interesować tym tematem? U dziewczyn to jest prostsze. Byłyśmy grube, schudłyśmy, stwierdziłyśmy że dietetyka to nasze powołanie. A jak było u Ciebie?

U mnie było bardzo podobnie, też zaczęło się od odchudzania. Tylko to odchudzanie zaczęło się już w podstawówce. Dopiero później zacząłem wchodzić w ten cały świat naukowy. Z ciekawostek, pierwszą książką jaką wtedy przeczytałem była Biochemia Harpera. Praktycznie nic z tego nie zrozumiałem. Nawet obecnie wiele fragmentów jest dla mnie niezrozumiałych. Moje zainteresowanie było bardziej od strony naukowej. Jak o tym myślę, to może dzięki temu uniknąłem wielu powszechnych błędów. Na przykład keto – nigdy nie byłem na keto czy paleo pomimo wielu osób z mojego otoczenia, które w tym siedziały. Bloga założyłem dopiero kilka lat temu, celem było obalenie tych powszechnych mitów żywieniowych. To był mój pierwszy blog, taki darmowy, zrobiony na WordPressie. Ten blog w ogóle jeszcze istnieje. Później założyłem drugi na Facebooku, jeszcze pod nazwą Radosław Smolnik. Tam też udostępniałem treści, raczej krótsze. Dopiero w 2019 roku otworzyłem projekt Dietetyka oparta na faktach, gdzie ruszyłem też z blogiem, podcastem, filmikami i tak dalej.

Jedno mnie zastanawia. Jak to się stało, że młoda osoba zabrała się za czytanie Biochemii Harpera zamiast sprawdzenia forów internetowych? Ja również zaczęłam w podobnym wieku, tylko ja trafiłam na fora w stylu: Bądź idealna czy jedz jedno jabłko dziennie. I te wszystkie błędne hasła przerobiłam na własnej skórze. Wtedy nie było jeszcze dietetyków jak my, nie było Magdy Hajkiewicz ani innych podcastów. W jaki sposób Ty trafiłeś na odpowiednie źródła?

Przede wszystkim, zawsze interesowałem się nauką. W szkole, jeśli chodzi o fizykę, zawsze sięgałem po takie naukowe źródła. I to pozwoliło mi później odróżniać te obiegowe przekonania od faktów. Na przykład z dziedziny fizjologii – wiedząc że tłuszcz nie spala się beztlenowo, wiemy że na wysiłkach o charakterze beztlenowym dieta wysokotłuszczowa będzie gorsza niż dieta wysokowęglowodanowa.

Przekładając na język polski, lepiej żeby dieta biegacza była oparta na makaronie niż tłuszczach?

Zwłaszcza przy wysiłkach krótkotrwałych. W przypadku ultramaratonów sprawa wygląda inaczej, ale to odrębny temat. Ogólnie na początku powoli zaczynałem się obracać w tym środowisku dietetycznym. Bywałem również na zagranicznych forach, tam również starałem się bazować na treściach popartych naukowo. W międzyczasie uczyłem się również czytać te treści naukowe, co wydaje mi się dużo pomogło w późniejszym czasie.

W takim razie jak wyglądał proces Twojego odchudzania? Nigdy się tym nie chwaliłeś! Ile schudłeś, i czy było Ci ciężko przy odchudzaniu?

Nie powiem dokładnie liczb ani dat, to był proces ciągły. Tych czasów też właściwie już nie pamiętam. Na pewno wtedy zacząłem uprawiać aktywność fizyczną i interesować się dietą. Wtedy jednak sprowadzało się to jedynie do zdrowego odżywiania i eliminacji na przykład słodyczy.

Można wysunąć wniosek, że nie trzeba mieć specjalnej diety. Wystarczy aktywność fizyczna, zdrowe odżywianie i ograniczenie słodyczy?

Często do tego się to wszystko sprowadza. Teraz jest moda na liczenie kalorii, co jest naprawdę pomocne, ale i bardzo szczegółowe. Natomiast ogólnie ograniczanie takiej wysokoprzetworzonej, wysokokalorycznej żywności, wprowadzenie aktywności fizycznej, te rzeczy zdecydowanie sprzyjają odchudzaniu. 

Jesteś autorem dwóch e-booków. W jednym opowiadasz o skutecznym odchudzaniu, w drugim o żywności. Chciałabym poruszyć obie kwestie. Skoro jesteśmy przy odchudzaniu, powiedz mi najpierw, dlaczego to odchudzanie właściwie jest takie trudne?

Zacznę od tego, dlaczego jest takie proste? Jeść mniej i ruszać się więcej. Proste hasło rzucane na wiatr. I rzeczywiście, jest ono prawdziwe. Całe odchudzanie polega na byciu w deficycie energetycznym. Natomiast w praktyce zastosowanie i długoterminowe wprowadzenie tego deficytu jest rzeczą bardzo trudną. Wpływa na to mnóstwo czynników. Pierwszy – wyliczenie swojego zapotrzebowania energetycznego. Mnóstwo osób myśli, że trening na siłowni 3 razy w tygodniu oznacza spalanie niesamowitych ilości kalorii. I wtedy, licząc kalorie ze wzoru, zawyża swój wskaźnik PAL, czym przeszacowuje swoje zapotrzebowanie energetyczne. Z drugiej strony, przeszacowuje to ile je. Ludzie często mówią, że jedzą 1000 kcal, gdzie często jest to 2 razy więcej. Szacując to, ile jemy, trzeba pamiętać żeby wliczać wszystko. Nawet cukier w herbacie czy ilość oliwy na patelni się liczy. Ale trzeba też pamiętać, że na etykietach produktów są wartości graniczne kcal, nie dokładne.

Kolejną sprawą jest utrzymanie deficytu energetycznego w praktyce. Ktoś dopiero zaczynający się zdrowo odżywiać może popełnić mnóstwo błędów. Kilka tygodni deficytu można zniweczyć w ciągu jednego dnia czy weekendu. Parę cheat-meal i po sprawie. Czasami też ktoś znajdzie jakąś dietę i zaczyna ograniczać daną grupę produktów. Zacznie dietę bardzo niskoenergetyczną, która jest nie do utrzymania w praktyce. Po pewnym czasie dostanie napadów kompulsywnego objadania się i dostarczania dużych dawek energii. Odchudzanie się jest wypadkową wielu czynników z różnych płaszczyzn. A zalecenie mniej jedz, ruszaj się więcej tak naprawdę nie daje żadnych konkretnych wskazówek. Bo co znaczy jeść mniej, a ruszać się więcej?

Czasami się zastanawiam, po co ja robię te dietetykę. Przecież to jest takie proste, po prostu jeść mniej albo zdrowiej. Wystarczy wszędzie dorzucić więcej warzyw, kasz, pełnoziarnistych produktów. Bazując na takich produktach jesteśmy bardziej najedzeni, a kalorii nie trzeba liczyć. Liczysz kalorie?

Od 4 lat już nie liczę. Kiedyś liczyłem, co do ziarnka ryżu. W pewnym momencie stało się to wręcz obsesyjne.

Ale to nie było w tym okresie odchudzania, tylko później? 

Później. Najpierw zainteresowałem się dietetyką, potem zacząłem się odżywiać bardziej świadomie. Wtedy też zacząłem liczyć kalorie. Zrobiłem też największą redukcję w swoim życiu i doszedłem do życiowej formy sportowej. Jednak ta redukcja doprowadziła do wielu zaburzeń, na przykład z kontrolą apetytu, także ortoreksji. Bazowałem wyłącznie na produktach niskoprzetworzonych, unikałem słodyczy i bardzo dokładnie liczyłem kalorie. To liczenie porzuciłem dopiero 4 lata temu. Przerzuciłem się na jedzenie ad libitum, czyli bez specjalnych ograniczeń. Nauczyłem się już jak się odżywiać i mam tak do dzisiaj.

Tak się zastanawiałam: Skąd ten Radek się wziął, skąd ma taką wiedzę? Zawsze zastanawiali mnie faceci w dietetyce, bo to trochę bardziej domena kobiet. Chociaż pod kątem ceny na szkoleniach dominują faceci. Chyba po prostu wolicie siedzieć w książkach.

Ja po prostu bardzo lubię przekazywać wiedzę. Sprawia mi to dużo większą frajdę niż na przykład układanie jadłospisów dla pacjentów. To lubię robić i tym się będę zajmować.

Super to brzmi. Razem z Magdą planujemy teraz kurs dla dietetyków, który będzie ich uczył robienia tego w czym są dobrzy. Patrząc na innego dietetyka można nabawić się kompleksów. Ty bardzo fajnie się wyspecjalizowałeś z badaniami naukowymi, widać to po Twoim podcaście. Ja z kolei o wiele lepiej czuję się w kuchni. Są też osoby jak Magda Hajkiewicz, która bardzo lubi rozwiązywać problemy jej pacjentów.

Wracając do dietetyki, w swoim pierwszym e-booku pisałeś o mitach dietetycznych. Czy mógłbyś zdradzić trzy największe mity dietetyczne, które uważasz za najbardziej popularne albo najbardziej szkodliwe?

Za najbardziej szkodliwe uważam narzucanie komuś diet eliminacyjnych jako jedynej słusznej drogi. Czytam właśnie diety Dąbrowskiej, o której Ty też nagrywałaś odcinek. Takie diety łatwo mogą doprowadzić do zaburzeń odżywiania. Przez takie skrajności ludzie się zrażają do wszelkiego rodzaju diet. Akurat weganizm czy dieta ketogeniczna nie należą do tej kategorii, bo mogą to być dobrze zbilansowane diety. Chodzi mi bardziej o diety kapuściane, diety Dąbrowskiej, bazujące na przykład na jednym produkcie spożywczym. Jedząc jeden produkt cały czas, możemy się zrazić i nie być w stanie go zjeść przez długi okres czasu.

Odniosę się do tego co powiedziałeś o diecie wegańskiej i ketogenicznej. Ostatnio Wiola podjęła próbę zbilansowania diety Keto. Udało jej się zbilansować taką śródziemnomorską dietę ketogeniczną. Łosoś, dużo zielonych warzyw, bez boczku. Wyglądało to naprawdę dobrze. Ale już drugiego dnia, kiedy testowała jadłospis, napisała że tęskni za bułką i makaronem. Ale to takie wtrącenie. Przychodzą Ci do głowy jeszcze jakieś mity?

Kolejnym mitem jest promowanie różnego rodzaju suplementów diety jako koniecznych do stosowania. Zwłaszcza że ten rynek nie jest dobrze przebadany. Pominę fakt że w większości przypadków jest to kompletna strata kasy. Są przypadki, kiedy dany suplement okazał się zanieczyszczony, co prowadziło do uszczerbku na zdrowiu. Do takich zanieczyszczonych produktów w Polsce często zaliczają się spalacze tłuszczu czy przedtreningówki. W Polsce jedynym suplementem, który powinno się zalecać jest witamina D, w miesiącach wrzesień do kwietnia. Cała reszta jest – jak sama nazwa wskazuje – uzupełnieniem diety.

Wiadomo, dla producentów jest to biznes. Dla nas, klientów, uważam to jednak za stratę kasy i coś straconego. W sporcie stosowanie kreatyny, beta-alaniny czy kwasów omega-3 jest uzasadnione. Resztę środków, które są skuteczne i przebadane, można policzyć na palcach dwóch rąk.

Zgadzam się w stu procentach. Jeśli ktoś jest na diecie wegańskiej, dorzuciłabym jemu witaminę B12. Sama suplementuję witaminę D, omega-3, bo rzadko jem ryby. Kreatynę też, chociaż zastanawiam się nad sensem jej suplementowania bez dostępu do siłowni.

Kreatyna ma wiele innych zalet, także poza sportem. Jej bym nie odstawiał.

Ona jest dobra jeśli chodzi o kognitywne umiejętności. Jaki jest trzeci mit dietetyczny?

W ostatnim czasie szczególnie popularne jest promowanie głodówek. Sporo się mówi na przykład o tym że głodówki mogą być prozdrowotne i tak dalej. Najczęściej wspomina się o nagrodzie Nobla za opisanie autofagii. Co trzeba podkreślić, została ona opisana na drożdżach. Zupełnie nie przekłada się to na głodówki ludzi, co jest ogromnym błędem. Lepszym wzorem są badania na modelu zwierzęcym. Głodówki mają wiele wad: zwiększone ryzyko infekcji u kobiet, większe ryzyko zaburzeń miesiączkowania, ryzyko niedoborów pokarmowych. Promowanie głodówek uważam za szkodliwe społecznie. Racjonalne żywienie zmniejsza ryzyko chorób układu krążenia, przy okazji zapewniamy wszystkie niezbędne składniki w diecie. To powinno być promowane, nie głodówki.

Cały czas się zastanawiam, jak to możliwe, że tacy szarlatani i szamani nadal istnieją w internecie. Dlaczego ich treści nie są banowane? To jest naprawdę szkodliwe. Jeśli ktoś nie mający pojęcia o dietetyce trafi na takiego szamana, zaczyna wierzyć w to co ta osoba pisze. W chwili kiedy nagrywamy podcast, w świecie dietetyki wybuchła mała drama – jedna z dietetyczek aktywnie promuje dietę paleo, wysokotłuszczową. Zaleca jedzenie parówek, mówi że warzywa są niedobre, i tak dalej. Dla takiej diety taka suplementacja za 1000 zł ma zastosowanie – jeżeli jemy tylko tłuszcz i białko, to trzeba skądś te witaminy i składniki mineralne uzupełniać. Napisałam kiedyś na swoim Instagramie, że jak zaczynałam studia, buntowałam się, że tam przekazują nam nieprawdziwą wiedzę, sprzed 20 lat. Jak teraz się nad tym zastanowię, to fizjologia i biochemia za dużo się nie zmieniły przez te lata.

Wystarczy spojrzeć na piramidę żywienia sprzed wielu lat. Ona się praktycznie nie zmieniła.

Tak, dołożyli tam picie wody i większą aktywność fizyczną.

Ostatnio widziałem, że konto Jerzego Zięby znikło z YouTube i Twittera. Więc jakieś działania są podejmowane. Podobno Allegro usunęło też sprzedaż jego książek, ale tej informacji nie jestem pewny.

To już naprawdę krok do przodu. Przyznam się, że czytałam Ukryte terapie parę lat temu. Ich charyzma jest bardzo przekonywująca. No i ich argumentacja. Wyciągali argument, jak np. wspominałeś o tych drożdżach, i pomijali fakt że to badanie na drożdżach. Skupiali się jedynie że to nagroda Nobla, więc to musi działać. Cieszę się, że weszłam na drogę wiedzy popartej badaniami naukowymi. Ale wcale się nie dziwię ludziom, którzy w to wierzą, bo widzą, że to jest na przykład pierwszy wynik w liście wyszukiwania. To jest naprawdę szkodliwe.

Zwłaszcza, że te osoby wypowiadają się z dużą pewnością siebie. W środowisku naukowym powszechny jest sceptycyzm i poczucie niewiedzy. Te osoby natomiast głoszą hipotezy jako coś pewnego. A nasz mózg jest bardzo podatny na takie teorie spiskowe. Ulegamy mnóstwa błędów poznawczych, na przykład jeżeli dana hipoteza zgadza się z naszym myśleniem, jesteśmy bardziej skłonni jej uwierzyć. Bardziej uwierzymy artykułowi, dlaczego na diecie X nie da się schudnąć niż komentarzowi pod artykułem, że da się schudnąć będąc w deficycie energetycznym. Popularne jest też postrzeganie produktów w czarno-białych barwach. Dobre albo złe. Prawda jest taka, że w dietetyce jest cała paleta szarości. Wiele produktów, nawet niskoprzetworzonych ma swoje wady i zalety.

Przykładowo warzywa są bardzo zdrowe i warto je jeść. Ale ktoś po zjedzeniu konkretnych warzyw ma problemy ze strony układu pokarmowego, przykładowo na błonnik. Albo musi stosować dietę niskiego FODMAP, ze względu na zespół jelita drażliwego. Dla takich osób niektóre warzywa będą szkodliwe. Tak samo jest z nabiałem. Ogólnie produkty mleczne są wartościowym produktem, ale u mężczyzny mogą zwiększać ryzyko nowotworu prostaty. Wszystko ma swoje plusy i minusy.

Nagrywam również drugi podcast na temat książek: Oczytana. Opowiadałam tam o książce: Ludzie. Krótka historia jak spieprzyliśmy wszystko. Autor opowiada tam o wielu historiach, w które aż trudno uwierzyć. A wiele z tych historii wynikało właśnie z błędów poznawczych czy błędów potwierdzenia. 

Trafię czasami na takiego dietetyka twierdzącego, że ona nie je warzyw bo ją brzuch po tym boli. Wy też nie powinniście tego jeść. Pod spodem widzę 100 komentarzy typu: W końcu ktoś powiedział prawdę! Ja też odstawiłem, jem teraz tylko parówki i czuję się świetnie!

Jest to ogromny problem. Rozmawiając z osobą twierdzącą: nie jem warzyw i czuję się świetnie! Odpowiadam: A ja jem warzywa i też się czuję świetnie! Słowo przeciwko słowu. Tak jak ktoś poda przykład, że czyjaś babcia żyła 120 lat paląc paczkę papierosów dziennie. Nie jest to prawidłowy sposób myślenia.

Dlatego cieszę się, że nasze podcasty wybijają się wyżej na liście Spotify. Cały czas mam nadzieję że Dietetyka oparta na faktach będzie bardziej promowana, dzięki czemu zwalczymy to szamaństwo i szarlataństwo. Wiele osób przez te różne mity boi się jedzenia. Często dostaję pytania:

Czy mam kupować warzywa bio? Czy w ogóle warzywa teraz nie są pozbawione witamin i składników mineralnych? Czy nie powinnam suplementować z tego i tamtego? 

W swoim nowym e-booku opowiadasz trochę o współczesnej żywności i o tym czy w ogóle powinniśmy się z tym jebać czy nie. Jaka jest Twoja odpowiedź, i dlaczego się podjąłeś tego tematu?

W dzisiejszych czasach jest moda na zdrowe odżywianie. To jest fajne, ale ludzie często źle postrzegają produkty zdrowe i niezdrowe. Czasami dochodzi nawet do paradoksów, gdzie niezdrowe produkty są postrzegane jako zdrowe. Na przykład wysoko przetworzone mięso czy boczek z jajkami na śniadanie. Ono może być zdrowe – dodamy warzywa, usuniemy boczek i już jest lepiej. Są produkty zdrowe, których możemy spożywać bardzo dużo, i w drugą stronę, produkty których powinniśmy unikać. Dlatego napisałem e-booka, by walczyć z takimi błędnymi przekonaniami.

W e-booku najbardziej zaciekawił mnie temat mięsa i antybiotyków. Wydaje mi się to powszechnym przekonaniem: czy ono ma antybiotyki i czy coś mi się przez to stanie? Sama jako dietetyk miałam wątpliwości, jeszcze kiedy jadłam więcej mięsa.

Trzeba podkreślić: tej kwestii bardzo namieszał raport NIKu sprzed kilku lat. Wykazano, że ponad 80% hodowców stosuje antybiotyki. Można pomyśleć, że 80% mięsa od hodowców zawiera te antybiotyki?

Biorąc pod uwagę prawo, antybiotyki stosowane są tylko w konieczności, w wyniku choroby danego zwierzęcia. Nie opłacałoby się hodowcy dawać antybiotyków wszystkim zwierzętom w hodowli. Hodowcy też mogą podawać antybiotyki tylko pod kontrolą weterynarza, do tego prowadzić dokumentację. Obowiązuje też okres karencji, czyli po przyjęciu antybiotyki do uboju musi minąć określona liczba dni, żeby tego antybiotyku w organizmie zwierzęcia już nie było. Są też prowadzone kontrole, między innymi inspekcji weterynaryjnej. Co ważne, mówię tylko i wyłącznie o rynku polskim. Złamanie tych obostrzeń się po prostu hodowcom nie opłaca – grozi im albo duża kara finansowa albo nawet kara pozbawienia wolności. 

Druga rzecz, już przed wprowadzeniem towaru na półki produkt jest sprawdzany pod kątem obecności antybiotyków i innych pozostałości. W mięsie sklepowym nie może być antybiotyków. Dużo opakowań zawiera hasła typu mięso bez antybiotyków. To nie znaczy że mięso obok będzie miało antybiotyki. Zdarzają się też napisy hodowla bez antybiotyków. Wtedy rzeczywiście, hodowca nigdy nie podawał swoim zwierzętom antybiotyków. Kiedy je poda, już takiej informacji na etykiecie nie może umieścić.

Inną sprawą jest poddawanie mięsa obróbce termicznej. Tam te drobne pozostałości dawnych antybiotyków ulegają rozpadowi. W przypadku wielu antybiotyków nie znamy ich wpływu na nasze zdrowie, ale czasem mogą one wywołać alergię, czy nawet wstrząs anafilaktyczny. To tylko u osób posiadających różnego rodzaju alergie na antybiotyki.

Niby to wiem, a i tak patrzenie na mięsie w sklepach wywołuje u mnie wstręt i obrzydzenie. 

Ważne żeby oddzielać kwestie poglądowe od zdrowotnych. Jeśli ktoś rezygnuje ze spożycia mięsa ze względów światopoglądowych – rozumiem. Nawet się nie dziwię, patrząc jak niektóre zwierzęta są traktowane. Natomiast w zdrowotnych kwestiach spożywania mięsa można nieźle popłynąć. Ale nawet jeśli się ktoś boi tych antybiotyków i chce zrezygnować z mięsa – jego dietę można jak najbardziej zbilansować i bez mięsa.

A jak doradzasz swym podopiecznym w kwestii mięsa? Ja ogólnie zachęcam teraz po prostu do ograniczania mięsa.

Ja ogólnie nie współpracuję z pacjentami. Tak czy tak rekomenduję ograniczenie spożycia mięsa. W piramidzie żywienia czerwone mięso jest zalecane w ilości do 0,5kg tygodniowo. Kiełbasy, boczek, bekon powinno się ograniczać do zera. Warto to czerwone mięso zastępować białym lub roślinami strączkowymi. My Polacy, przyzwyczailiśmy się że na obiad musi być mięso. A warto ten jadłospis urozmaicać.

Ostatnio nawet moja mama przyrządziła tofu z mojego przepisu, po raz pierwszy w życiu. Wysłała mi zdjęcie z podpisem: dupy nie urywa. Sama kiedyś nie lubiłam tofu, ale kiedy się już nauczyłam go dobrze gotować, jem go praktycznie codziennie. Tak samo moja przyjaciółka – mówiła że może do mnie przychodzić na obiady kiedy nie ma tofu. A teraz, kiedy jej się spytam co gotujemy, mówi: może być coś z tofu. Kwestia przekonania się.

Przy produktach tego typu ważne jest pierwsze wrażenie. Ja tak miałem z awokado. Pierwsze awokado kupiłem takie twarde, jeszcze niedojrzałe. Było tak niesmaczne, że zraziłem się totalnie. Dopiero później odkryłem że ono musi być dojrzałe i wtedy zaczęło mi smakować. Tak samo mam z tofu – przez ostatnie lata bardzo polubiłem dobrze przyprawione, czasem zamarynowane tofu.

Miałam podobnie z masłem orzechowym. U mnie na wsi się takich produktów nie kupowało. A na wszystkich amerykańskich filmach było jedzone prosto ze słoika. To w liceum kupiłyśmy je razem z przyjaciółką, ja miałam takie oczekiwania że to będzie jak Nutella. Spróbowałam, i trochę się zawiodłam. A teraz w ogóle nie wyobrażam sobie kuchni bez masła orzechowego. Więc pierwsze wrażenie jest ważne.

Na koniec powiedz mi, czy warto bać się współczesnej żywności? Czy jest to strach uzasadniony?

Zdecydowanie nie. Jedzenie nie powinno wywoływać strachu, to jest niezdrowe podejście. Jedzenie odnosi się do wielu rzeczy, także do zdrowia psychicznego. O czym też ostatnio mówicie, i bardzo dobrze. Warto natomiast być świadomym konsumentem. Mieć przynajmniej podstawową wiedzę na temat zdrowego odżywiania. Wtedy, jeśli nasza dieta ogólnie wygląda bardzo dobrze, to zjedzenie słodyczy raz na jakiś czas nie będzie problemem.

Szkoda jedynie że musieliśmy nauczyć się tego na własnych błędach. Sam wspomniałeś, że miałeś moment zaburzenia odżywiania, ortoreksji. Też przez to przechodziłam. Cieszę się, że z tego wyszłam, teraz jest nieporównywalnie większy komfort życia. Można jeść tak naprawdę wszystko, liczą się odpowiednie ilości, kontekst i przede wszystkim wysoka aktywność fizyczna.

Na sam koniec – nagrywamy ten odcinek w środku pandemii, niestety zdalnie. Naprawdę liczyłam, że nagramy ten odcinek na żywo. Czy możesz coś poradzić osobom siedzącym teraz w domu? Jak Ty unikasz przesadnego przejadania się, kiedy w domu są zapasy żywności?

Od dłuższego czasu zupełnie nie mam z tym problemu. U mnie jest to w drugą stronę – kiedy jestem czymś mocno zajęty to zapominam, że powinienem coś zjeść. Więc podczas tej pandemii raczej schudnę niż przytyję. Natomiast, jeśli chodzi o zalecenia, warto robić zakupy rzadziej. Nie będzie dobrym pomysłem kupowanie słodyczy na zapas, bo i tak je zjemy. 

Będąc w domu, mamy idealny czas by uczyć się gotować zdrowo, na przykład korzystając z Twoich przepisów. Jest to świetna umiejętność, którą po prostu warto nabyć. Gdy ktoś pozna inne smaki, często już nie ma takiej tęsknoty za produktami wysokoprzetworzonymi. Więc polecam poświęcić czas na naukę zdrowego gotowania, nie robić zapasów słodyczy, i zająć się czymś. W kwestii kontroli apetytu, jeśli się nudzimy to często myślimy o jedzeniu. A skupienie się na czymś – pracy, pasji – odwraca naszą uwagę od chęci jedzenia. Te trzy rady chodzą mi teraz po głowie. Może też masz jakieś pomysły?

Nie mogę się z Tobą nie zgodzić. Kiedyś, będąc na ciągłej diecie, pilnując by jeść wyłącznie zdrowo, byłam non stop głodna i miałam problem z kontrolą apetytu. Więc rozumiem osoby próbujące się odchudzać siedząc w domu. Teraz, będąc zaangażowana w pracę, mam dokładnie to samo. Zacznę tworzyć na przykład podcast, mijają trzy godziny i sobie przypominam, że miałam zjeść obiad. Więc w tym okresie pandemii jem trzy posiłki dziennie, ze względu na mniejszą aktywność fizyczną. Wcześniej trenowałam 2 razy dziennie, rano siłownia, wieczorem pole dance. To była jedyna moja szansa na wyjście z domu. 

A teraz siedzę w domu, aktywność fizyczna jest prawie zerowa. Trening w domu zupełnie do mnie nie przemawia. A Ty, jaką aktywność fizyczną uprawiałeś wcześniej? Jak sobie radzisz teraz?

Kiedyś moją pasją był trening na siłowni. Trenowałem często, przez okres wielu lat. Dopiero niedawno, kiedy się bardziej zaangażowałem w tworzenie różnego rodzaju treści, co się stało moją pracą, ta częstotliwość spadła. Od paru miesięcy już mam przerwę od siłowni. Najlepsze jest to, że akurat kiedy wybuchła epidemia to planowałem powrót na siłownię. Taka przeciwność losu! Teraz staram się ćwiczyć trochę w domu, bo mimo długiej przerwy nie mam dużych spadków. Cały czas grałem też w tenisa i squasha. 

Ale ostatnie miesiące poświęcałem na e-booka Czy należy się bać współczesnej żywności? Pracując nad projektem, chcę najpierw go zamknąć. Często kosztem właśnie aktywności fizycznej. Mówię o zdrowej żywności, prawidłowym odżywianiu, o spaniu, aktywności fizycznej, a często zupełnie inaczej wygląda to u mnie. Ale też u mnie jest to też wypracowane w pewien sposób, że zdrowe odżywianie czy podstawowa aktywność typu robienie kroków weszło mi w nawyk.

To ja mam największy problem z krokami. Mam 25 metrów kwadratowych mieszkania, siedzę w salono-kuchnio-gabinecie. Najwyżej mogę iść do toalety. Więc dziennie wychodzi mi 100 kroków dziennie. Zaczęłam się teraz zastanawiać, jak można nie trenować i pracować za biurkiem? Bo od tego siedzenia w jednym miejsc po raz pierwszy w życiu zaczęły boleć mnie plecy. 

Powiedz mi, dla osób które Ciebie nie znają. Gdzie można Ciebie znaleźć w internecie?

Wszędzie pod nazwą Dietetyka oparta na faktach. Zarówno blog dietetykaopartanafaktach.pl, jak i podcast na różnego rodzaju platformach – YouTube, Facebook, Instagram.

Dziękuję ci bardzo za rozmowę i za to że się tak otworzyłeś w moim podcaście! Jak Ci się podobało?

To pierwszy raz kiedy jestem gościem w podcaście. Podobało mi się to, ciekawe przeżycie. 

Ja bardzo lubię być gościem w podcaście. Lubię też tworzyć odcinki, ale wiąże się to z większym zaangażowaniem, stresem. Gdy ktoś Ciebie gości, to on musi prowadzić tę rozmowę, podciągnąć Cię za język. Dziękuję i do usłyszenia!

Subscribe
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments

Bądź na bieżąco

instagram.com/owsianapl